W dniu 17.XII.2004r.
przeczytałam artykuł pt. "8270848 - Zawracanie kijem Wisły".
Po przeczytaniu tego artykułu zrozumiałam, że sprawa, która dotyczy mnie osobiście i Mojej Rodziny, jak również wielu osób w Polsce, nie jest obojętna członkom Redakcji "Informatora" - za co im serdecznie dziękuję.
Treść artykułu była jakby lustrzanym odbiciem tego, co ostatnio przeżyłam.
Dom, w którym zamieszkuję prawie pięćdziesiąt lat, bo od 1957 r. w dniu 1 września 2004r.
przejął właściciel prywatny.
Nie będę opisywał, jakie to przeżycie dla ludzi, którzy mieszkali pół wieku w mieszkaniach przydzielonych przez ówczesne władze na mocy decyzji administracyjnych, bo to trzeba przeżyć.
Najważniejsze jednak jest to, że z dnia na dzień zmieniały nam się nieodwracalnie warunki życia.
Wiąże się to bowiem z kosztami, ponieważ z chwilą przejęcia domu każdy właściciel podnosi czynsz.
Płaciłam 2,40 za metr mieszkania.
Nagle od listopada 2004 r. za metr mieszkania muszę płacić 7,50.
Dom, w którym mieszkam, jest stary.
Ojciec mój, który urodził się i wychował w Warszawie na Ochocie (ul.
Opaczewska 18, dom zburzony w czasie Powstania Warszawskiego), ponieważ był chory (wywieziony w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego z Zieleniaka, obecny teren Hali Banacha do obozów koncentracyjnych), postanowił wyremontować za zgodą Gminy mieszkanie, które zajmowaliśmy.
Doprowadziliśmy nową linię elektryczną, by móc w piecach zainstalować grzałki, by nie nosić węgla do ogrzewania mieszkania.
W 1988 r. postanowiliśmy doprowadzić gaz do budynku, ponieważ okazało się, że piece są stare i nie trzymają ciepła.
Uprzednio występowaliśmy do obsługującej nas administracji.
Niestety, jak w przypadku linii elektrycznej, dowiedzieliśmy się, że Państwo nie ma pieniędzy.
Znając sytuację mieszkaniową Gminy, doprowadziliśmy z ulicy gaz do budynku, a co za tym idzie do naszego mieszkania.
Pozwoliło to zamontować centralne ogrzewanie.
Wszystkie remonty, które wykonywaliśmy, były przeprowadzone za zgodą administracji.
Pragnę jednocześnie nadmienić, że nie otrzymaliśmy za to żadnego zwrotu!
Ojciec mój już nie żyje od kilkunastu lat.
Mieszkam obecnie z Matką, która ma 82 lata.
(Osoba przebywająca całą okupację na przymusowych robotach w Niemczech), obecnie poważnie chora, wymagająca opieki.
Ja skończyłam 50 lat, pracuję w sferze budżetowej.
Patrzę ze strachem w przyszłość - co będzie od stycznia 2005 r., gdy zostaną zwolnione czynsze.
Jak będzie wyglądało nasze życie, gdy wejdą w życie zapowiadane podwyżki czynszu, prądu i gazu.
Czasem wydaje mi się, że tacy ludzie jak ja i Moja Rodzina to ludzie gorszej kategorii, a przecież wszyscy jesteśmy równi wobec prawa.
Nie kwalifikuję się bowiem do żadnej rekompensaty, bo mam za duże mieszkanie i zbyt duże dochody w świetle obowiązujących przepisów.
Dlaczego obecna władza nie ponosi odpowiedzialności za wyżej przedstawiony stan rzeczy.
W wywiadzie z nowo wybranym Burmistrzem mojej dzielnicy zamieszczonym w "Informatorze" nie przeczytałam nawet jednego zdania o przedstawionym przeze mnie problemie, a przecież wiem, że dotyczy on wielu ludzi.
Około 70% zasobów mieszkaniowych mojej dzielnicy to obecnie zasoby zarządzane przez prywatnych właścicieli.
Kończąc ten list, myślę o moich Rodzicach, którzy przeszli gehennę wojenną, potem odgruzowywali Warszawę z nadzieją na lepsze życie dla siebie i dla następnych pokoleń.
Szkoda, że ta nadziej okazała się matką głupich!
Z poważaniem
Jolanta Obrębalska
Szanowna Pani, komentarz z racji ciężaru poruszanej problematyki jest dosyć obszerny.
Podjęłam próbę spojrzenia na sprawę w szerszym zakresie.
Zapewne nie udało mi się omówić wszystkich skomplikowanych zagadnień.
Dlatego zapraszam zainteresowane strony do podjęcia kroków w kierunku rozwiązania tego "węzła gordyjskiego".
Łamy naszej gazety mogą stanowić dobry początek do konstruktywnej polemiki.
.
|
|

W całej rozciągłości podzielam rozgoryczenie, jakie zawierają słowa tego listu.
Historia sprawiła, że ogromna rzesza mieszkańców Włoch mieszka w budynkach stanowiących własność osób fizycznych.
Przyczyną tego jest dekret o szczególnym trybie najmu i publicznej gospodarce lokalami z 1946 r. To na tej podstawie wydawane były decyzje administracyjne o przydziale mieszkania.
Nikt nie ma prawa czynić lokatorom z tego tytułu zarzutów.
Nie można jednak pominąć milczeniem faktu, że działania wynikające z dekretu wdrażane były z ewidentną krzywdą prawowitych właścicieli posesji.
Wielokrotnie bywało, że wszystkie lokale zajmowali lokatorzy.
Czynsze zaś z tego tytułu wpływały do zarządów budynków komunalnych i stanowiły własność Państwa.
To samo zresztą czynić musieli i właściciele, jeśli zamieszkiwali w swoim budynku.
Zajmowali zazwyczaj pokój z kuchnią, w porywach dwa.
Powszechne były przypadki, że ich dzieci, po dojściu do pełnoletniości i założeniu własnej rodziny, aby pozyskać więcej przestrzeni, mogły jedynie opuścić dom rodzinny i na własną rękę poszukiwać mieszkania.
Kiedyś były to jedynie spółdzielnie mieszkaniowe.
Należy przyjąć, że działo się to wbrew zdrowemu rozsądkowi.
Według prawa, kamienice te nigdy nie przestały być własnością prywatną.
Przy czym nie tak dawno jeszcze zasiedlane były na podstawie przepisów prawa lokalowego.
Dokładnie do dnia 12 listopada 1994 roku.
Dopiero od tego momentu właściciele odzyskali pełną możliwość dysponowania lokalami mieszkalnymi, chociaż remont kamienic, z racji własności, leżał zawsze po ich stronie.
Również wtedy, kiedy zarząd był państwowy, obciążani byli kosztami remontu.
W latach 70. i 80. ustawa dopuszczała wprawdzie możliwość wystąpienia właściciela o przyznanie na nie środków finansowych, ale w praktyce uzyskanie ich równało się ze "strzałem w dziesiątkę".
Przykładem - opłakany wręcz stan techniczny znakomitej części tych budynków.
A co dobrego zdziałać można za 2,40 zł od metra kwadratowego powierzchni, w którym zmieścić się musi też bieżące utrzymanie? - blisko dekadę koszty te nie uległy zmianie.
Od postawienia takiego pytania uciec się nie da. I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Problemów na linii właściciel - najemca uniknąć się nie da. Opisany dzisiaj przypadek, jak i wiele innych (a znamy je z sąsiedztwa) nie mogą być rozwiązane bez pomocy Państwa.
Krzywdy właścicieli, którym odebrano wcześniej zarząd budynkami, nie można rekompensować krzywdą najemców w sytuacji zwrotu tego zarządu.
Zarówno jedna, jak i druga grupa osób znalazła się w trudnej sytuacji bez własnej winy.
Wszystkie decyzje na przestrzeni minionych lat podejmowane były na podstawie obowiązującego prawa.
Dlatego to ustawodawca winien posprzątać - delikatnie rzecz ujmując - "bałagan", do którego sam się przyczynił.
Dzielnica w obecnym ustroju miasta ma ograniczoną samodzielność.
Ani jej zarząd, w tym burmistrz, ani rada, mimo szczerych chęci, bez akceptacji prezydenta Kaczyńskiego nic realizować nie mogą.
Z poważaniem
Anna Zbytniewska
|